Czerwiec 2009

Kochana Bułgaria znów na celowniku! Ze względu na fakt odziedziczenia 15 letniego auta postanowiliśmy zrobić sobie przygodę i wybrać się w tą drogę właśnie samochodem. Wszechobecne google maps wyznaczyło najlepszą drogę poprzez Słowację, Węgry, Serbię dając metę w Bułgarii i obliczając odległość na 1155km (od podkarpackiego Krosna do bułgarskiej stolicy – Sofii) i czas podróży na ok. 12 godzin. Wyglądało to dosyć ciekawie ( z punktu widzenia kierowcy – tylko lub aż 12 godzin), chociaż z drugiej strony troszkę nierealnie. Droga poprzez Rumunię (pomimo dużego plusa wynikającego z przynależności kraju Drakuli do wspólnoty europejskiej) odpadła w przedbiegach ze względu na bardzo zły stan dróg i związane z tym historie znajomych oraz internautów. Obawy ugięły się w końcu pod ciężarem dobrze zapowiadającej się przygody. Uzbrojeni w zieloną kartę (Serbia), pełny bak, olej i płyn do chłodnicy, różnej maści ubezpieczenia, o godzinie czwartej nad ranem wyjechaliśmy z Podkarpacia udając się w kierunku Barwinka.
Słowacja
Po kilkudziesięciu minutach jazdy dojechaliśmy do granicy, która przypominała miejsce skażone zarazą i gdyby nie jeden torowiec i Pani w budce z winietkami(ok. 30zł dla auta osobowego na minimalny czas, czyli 7dni), naprawdę mogło to wyglądać groźnie ( także przez mroczną mgłę). Pierwszy kontakt z tubylcem (pani z budki) zakończył się całkiem przyjemnie – Pani o godzinie 4.30 nad ranem uśmiechnęła się do nas i zaokrągliła sumę reszty na naszą korzyść. Pierwsze kilometry po stronie słowackiej dały mi do zrozumienia, że Słowacy jeżdżą przepisowo tak, że aż to kole! Jest 50, wszyscy jadą 49, w mieście zwalniają a przy szkołach jadą 30 km/h. Duży plus i szacunek dla Słowaków właśnie za to. Ciekawi mnie tylko, czy ta przepisowość na drodze wynika z dobrej woli słowackich kierowców czy też z faktu, że Słowacja ma Euro i mandaty także w Euro. Bądź, co bądź, jadę również przepisowo – nie stać mnie na kilkuset eurowy bonus w postaci mandatu od policji, która ponoć nie lubi Polaków – może dlatego, ze u nas każdy na drodze jest większym kozakiem.
Węgry
Nie wiedzieć, kiedy i czemu tak prędko – przekraczamy granicę Słowacko-Węgierską, która wygląda tak samo upiornie jak poprzednia. Nikogo nie widać, szyby powybijane i tylko wiatr wywiewa postkomunistyczne zasłonki. Na pierwszej możliwej stacji kupujemy winietkę (ok. 8000 forintów). Pierwsze polsko – węgierskie spotkanie wypada niesamowicie. Kolejne – na przydrożnej budce z kawą – jeszcze lepiej. Jedziemy w stronę Budapesztu. Kierunki dróg, zarówno na Słowacji jak i na Węgrzech są świetnie opisane. Mapa google maps oraz mapa europy ani razu nie ląduje w naszych rękach. Jedzie mi się świetnie, zero zmęczenia. Z prędkością 120km/h suniemy do Budapesztu. Przy samym wjeździe moja polska podejrzliwość na drodze zgubiła mnie. Myślałem, ze podobnie jak w Polsce, na wyznaczone przez drogowców kierunki należy wziąć mocną poprawkę. Tym razem nie miałem racji i musieliśmy zatoczyć spore kółko, w efekcie wjeżdżając na właściwą drogę.
Droga do granicy z Serbią minęła na żmudnym sunięciu po autostradzie (bodajże M5). Jedna winietka na wszystkie drogi, a trzeba powiedzieć ,że drogi są super. I tu się nasuwa stwierdzenie, że jednak można bezproblemowo zbudować autostrady – Polakom brakuje chyba możliwości porozumienia się.
Serbia
„Kadi jediete?” – jedyne słowa wypowiedziane przez serbskiego celnika na granicy. Żadnego problemu, ale nasze auto było zawalone i – jak potem określiła nasza przyjaciółka z Sofii, Reni – wyglądało ewidentnie na turecki handlowy wyjazd. W Serbii brak jest winietek – są jedynie płatne autostrady. Drogi te są bardzo dobrej jakości i –co najważniejsze- ciągną się od granicy z Węgrami i prawie do granicy z Bułgarią. Całkowity koszt przejazdu to dokładnie 14 euro. Podczas dosyć nudnego przejazdu przez Serbię wrażenie robi monumentalny Belgrad ze swoim charakterystycznym postkomunistycznym stylem. W Serbii jest sporo policji na drogach, ale z obserwacji wynika, że chłopcy zamiast pilnować i biegać z suszarką, raczej palą papierosy lub śpią. Poza tym kierowcy z naprzeciwka – tak jak kiedyś w Polsce –migają światłami na znak ostrzeżenia. Zaraz za Belgradem zaczynają się wzniesienia i ogólnie droga nabiera ciekawszego charakteru, który niestety psuje deszcz towarzyszący nam aż do granicy z Bułgarią. Około 50km przed granicą policja kieruje nas na objazd (w górach zdarzył się wypadek i droga przez tunele została zablokowana), dzięki któremu zwiedzamy małe miejscowości. Po drodze przejeżdżamy przez liczne uskoki w skałach oraz parę wykutych tuneli. Na wyjeździe z Serbii celnik patrzy się krzywo, ale macha ręką i jedziemy ku ukochanej Bułgarii.
Bułgaria
Wkraczamy ponownie na teren wspólnoty europejskiej. Na granicy od razu wiadomo, że jesteśmy w Bułgarii z powodu zamieszania związanego z winietką i ogólnie wjazdem. Przed przekroczeniem granicy odwiedzamy ok. 5 okienek, gdzie dostajemy pendrive (chyba z danymi auta), potem sprawdzają paszporty, potem płacimy winietkę (w pseudobanku), a odbieramy ją jeszcze gdzie indziej. W końcu przekraczamy granicę i suniemy ku Sofii. 15 godzina drogi daje nam się we znaki – im bliżej mety tym czas zdaje się ciągnąć w nieskończoność. W końcu wjeżdżamy do Sofii, gdzie wyjeżdża po nas znajoma – Reni. Po krótkiej wizycie na sofijskim osiedlu-sypialni Lulinie jedziemy do centrum, gdzie Reni ma swoje mieszkanie. Bułgarzy – podobnie jak w reszcie krajów, przez które przejechaliśmy jeżdżą przepisowo. Czuję się nieswojo ze swoją chęcią do szybszego jeżdżenia i ogólnie pośpiechu. Z wielkim szacunkiem dla tego kraju i jego mieszkańców (oraz biegających psów) zdejmuję nogę z gazu i z zawrotną prędkością 40 km/h dojeżdżamy na miejsce.